Wiał silny, porywisty wiatr, chmury
niemal całkowicie zasłoniły resztkę żółtawego nieba, jakie pozostawiło po sobie
zachodzące słońce. Mieszko, biały, przerośnięty jak na teriera pies siedział
pod nieprzycinanym od lat żywopłotem. Ogradzał on stary, niezamieszkany
dom, który był już istną ruiną. Okoliczni mieszkańcy nie rozebrali budynku,
zarośnięta, waląca się chałupa wyglądała niesamowicie na tle dzikich lasów i
pól. Nasz bohater – waleczny i sprawiedliwy Mieszko sprawie prowadził grupkę
psów, a owy dom służył za bazę. Jego sfora współpracowała z Rosyjskimi Psami, gdzie przewodniczyła Łajka i jej
wybranek Rambo. Psy te zasłużyły się w walce z Kitlerem, wielkim ognistorudym
kotem, jaki śmiał wystąpić przeciwko wcześniej wspomnianym przedstawicielom
psiego gatunku, który haniebnie przegrał bitwę, jaka odbyła się niespełna
miesiąc temu. Mieszko i jego drużyna nie przybyli z pomocą Łajce; atak ze strony psów był niespodziewaną odpowiedzią na kitlerowskich wysłanników.
Największe straty poniosła Kocia Rzesza, dziewięć kotów poniosło śmierć z
powodu licznych obrażeń. Jednak trzeba przyznać, że koty walczyły do końca i
zaciekle. Pozostawiły po sobie ślady, dobrym przykładem jest tu oko Rambo, które
zostało uszkodzone i pies nie widzi już tak dobrze. Jeden, najmniejszy wojownik
poniósł śmierć po tym, jak rzuciły się na niego największe kociska. Członkowie sfory upamiętnili waleczność małego
sojusznika.
Właśnie nadleciał jeden z ptasich wysłanników
Mieszka. Ogromny, w mosiężnych odcieniach czarnych skrzydeł kruk. Przysiadł na
żywopłocie, a gałązki zielonego ogrodzenia poruszyły się pod wpływem ciężaru
ptaka. Był w podróży niemal osiem dni; ciężkie warunki klimatyczne utrudniały
mu lot. Zwrócił się z niezwykłą czcią do teriera
- Kochany władco, spotkałem się z
Łajką. I dowiedziałem się też kilku ważnych szczegółów. – mówił zwierzęcym
językiem do psa; widać było, że jest z siebie bardzo zadowolony.
- Czyżby jakieś postępy w sprawie
Kitlera? Knuje coś…? – dopytywał w zamyśleniu. W jego głowie rodził się plan,
dzięki któremu wybrną z opresji i pognębią wroga tak, że już nigdy nie
odważy się do nich nawet odezwać. Musicie wiedzieć, że Mieszko, mimo tak
delikatnego charakteru, potrafił się zemścić. Walka nie leżała w jego naturze,
nie miał powodu – nie atakował. Jednak Kitler… Wymagał tego, aby się z nim
rozprawić. Raz na zawsze.
- Kitler wrócił do Niemiec. Jest w
Berlinie. Podobno kształtuje nową armię kotów. – odparł z powagą kruk. – Po
przegranej bitwie nie ma zamiaru się poddać no i… podobno ma zamiar najechać na
nas. Łajka przytrzymała jednego kota i obiecała zwrócenie wolności jeśli ten
powie, co planuje jego dowódca. No i się kociak wygadał, wiemy to, czego nam
potrzeba.
- Nie wiemy. Nie znamy
dnia, ani godziny, ten pchlarz może nas zaskoczyć. – Mieszko myślał
racjonalnie, nikt nie wiedział kiedy uderzy wróg.
- Najlepiej być zawsze przygotowanym.
– dodał do rozmowy spory, przypominający owczarka pies, który
towarzyszył Mieszkowi.
- A co z oddziałami w Niemczech?
- Wysłałem tam dwójkę moich ptaków. –
odpowiedział kolejny kruk, lecz był on większy i znacznie piękniejszy od
swojego przedmówcy. Był to dowódca ptasiego batalionu, z którym psy doskonale
współpracowały. Bez nich nie dałoby się tak dobrze planować kolejnych ruchów. –
Z całą pewnością znajdą Hagen i opowiedzą o zaszłej sytuacji. Pozostało nam czekać
i dalej szkolić nowych legionistów.
Mieszko skinął łbem i oddalił się do starego domu, gdzie przebywała sfora. Wszedł
przez wyłamaną belkę do centralnego pomieszczenia. Na starej, sypiącej się
kanapie, o ile można to tak nazwać, obgryzając kość, najbardziej ceniony
wojownik – Venevon. Był to duży, czarno-brązowy mieszaniec, siejący postrach wśród
innych. Skutecznie potrafił bronić przyjaciół, a takimi właśnie przyjaciółmi
były dla niego psy ze sfory. Wszyscy bardzo go szanowali. Odzywał się tylko wtedy, gdy
nadeszła potrzeba, nie mieszał się raczej w sprawy, które mu „wisiały”. Mieszko
powierzył mu dowództwo nad sekcją wojowników, czyli psów walczących, a także
broniących innych, gdy taka potrzeba nadejdzie. Venek, bo tak mu mówiono, choć
on sam tego przezwiska nie lubił, miał kilka blizn na pysku i karku, bowiem
jakiś rok temu stała się rzecz niesłychana… Najgorszy, najstraszniejszy pies w
okolicy, wielki, z zębami ostrymi jak brzytwa (a przynajmniej tak go opisują
ci, którzy go widzieli), niepokonany do ów czasu – Dingo. Venevon przemierzał okolicę i nawet nie spostrzegł, że wszedł na teren oblegany przez zgraję swojego rywala. W końcu natrafił na niego we własnej osobie. Mógł uciec, ale chciał pokazać na co go stać. Niestety; przeliczył się i skończył z szczęką napastnika na swoim karku. Kiedy zaczął udawać martwego Dingo odpuścił. Jedno trzeba było Venkowi przyznać - potrafił wyjść z każdej sytuacji.
Dingo wraz ze swymi pomazańcami często przebywał w okolicy, gdzie ulokowała się sfora Mieszka. Był bardzo podobny do psa owej rasy; lekko pomarańczowa barwa sierści, ponadprzeciętnej wielkości. Samo jego spojrzenie budziło lęk w innych. Zwykle towarzyszyli mu jego przyjaciele, a wielu ich nie pozostało. Między innymi do tej szalonej, a raczej szaleńczej paczki należał czarny owczarek, nieco łagodniejszy od swojego przyjaciela, nie szukał zaczepki u innych psów Jeden z nich to iście szalony, podajże z objawami wścieklizny kundel, przypominający rasę chihuahua. Widać było, że w głowie miał kości z wyżartym szpikiem, puste, tak jak ona. Dexter – czemu? Nikt nie wie. Znalazłyby się tam jeszcze dwa, o wilczym wyglądzie. Z bliska wyglądały groźnie, wiadomo, lepiej z nim nie zadzierać. Był jeszcze jeden, a może dwa psy, które były zwykłymi kundlami, toteż Dingo zbytnio nie zważał na to, czy są, czy ich nie ma, ale musiał przyznać, że jego paczka wygląda znacznie lepiej, gdy ma więcej członków. Jednak ciężko było porównywać szajkę Dingo do sfory Mieszka. Ci pierwsi trzymali się razem ze względu na postrach, jaki siali. Razem pewnie też łatwiej było im polować. Sforę Mieszka łączyły prawdziwe relacje. Wszyscy byli dla siebie najlepszymi przyjaciółmi, rodziną.
Dingo wraz ze swymi pomazańcami często przebywał w okolicy, gdzie ulokowała się sfora Mieszka. Był bardzo podobny do psa owej rasy; lekko pomarańczowa barwa sierści, ponadprzeciętnej wielkości. Samo jego spojrzenie budziło lęk w innych. Zwykle towarzyszyli mu jego przyjaciele, a wielu ich nie pozostało. Między innymi do tej szalonej, a raczej szaleńczej paczki należał czarny owczarek, nieco łagodniejszy od swojego przyjaciela, nie szukał zaczepki u innych psów Jeden z nich to iście szalony, podajże z objawami wścieklizny kundel, przypominający rasę chihuahua. Widać było, że w głowie miał kości z wyżartym szpikiem, puste, tak jak ona. Dexter – czemu? Nikt nie wie. Znalazłyby się tam jeszcze dwa, o wilczym wyglądzie. Z bliska wyglądały groźnie, wiadomo, lepiej z nim nie zadzierać. Był jeszcze jeden, a może dwa psy, które były zwykłymi kundlami, toteż Dingo zbytnio nie zważał na to, czy są, czy ich nie ma, ale musiał przyznać, że jego paczka wygląda znacznie lepiej, gdy ma więcej członków. Jednak ciężko było porównywać szajkę Dingo do sfory Mieszka. Ci pierwsi trzymali się razem ze względu na postrach, jaki siali. Razem pewnie też łatwiej było im polować. Sforę Mieszka łączyły prawdziwe relacje. Wszyscy byli dla siebie najlepszymi przyjaciółmi, rodziną.
Mieszko spoczywał przed bazą sfory. Nie
chciał skazywać na śmierć kotów, ale skoro same tego chciały... Musiał
zadziałać. Po chwili zauważył pierwsze krople deszczu. Venewon pozostawał w tej samej
pozycji, teraz jedynie przewrócił się na brzuch i odpoczywał po posiłku. Dla
Mieszka i jego brygady jedzenie było najtrudniejszą do zdobycia rzeczą. Ludzie,
w większości nie przejmujący się losem psów, żyli sobie spokojnie pod
dostatkiem chleba, podczas gdy najwierniejsze istoty na ziemi padały z głodu.
Przed dom wyszedł Venewon, wspomniany już brygadzista. Podszedł do Mieszka i
zaczął rozmowę. Wydawał się dość pobudzony.
- Co z tymi kotami? Wiemy, co planują? -
usiadł obok teriera.
- Wiemy. - mruknął Mieszko, lecz zaraz
po tym się ożywił. - Nic nie jest pewne, ale wysłaliśmy zwiadowców do Niemiec.
Z Rosji wrócili. Z powodzeniem. - mówił tajemniczo.
- Łajka, Rambo... Na pewno pomogą. Czego
dowiedział się wysłannik? - rozmyślał na głos Venek.
- Zatrzymali jednego kota, strach przed śmiercią wziął górę i się wygadał. Kitlerzyści zadziałają podstępem, mówię ci. Mam
pewne obawy...
Rozmowa ciągnęła się, ledwo zauważyli,
że deszcz się wzmógł. Zwołano całą sforę, łącznie siedem psów. Mieszko
przeliczył dokładnie czy wszyscy są.
- Brakuje Delgado... - odezwał się jeden
z zebranych.
Delgado - waleczny i piękny pies
przypominający owczarka niemieckiego. Niegdyś był jednym z sprzymierzeńców Dingo. Jednak nastąpiło coś niezwykłego, jakby przełom
w jego życiu. Porzucił szajkę i przyszedł do Mieszka. Początkowo traktowano go jak
szpiega, jednak niemal rok i oddanie nowego przyjaciela nie wzbudzały już
wątpliwości. Właśnie Delgado był celem, przez który Dingo "walczył" z
Mieszkiem i jego sojusznikami. Uznany za
perfidnie pozostawionego pokusił się o zemstę. Sfora była więc atakowana z każdego frontu. Z jednej strony Dingo, a z
drugiej Kitler. Nie wiadomo było, jakie niebezpieczeństwo nadciągnie jeszcze nad sforą.
Trzeba było być przygotowanym na wszystko; spodziewać się każdego,
niezaplanowanego ruchu.
Następnego dnia wszyscy byli
wtajemniczeni w sprawę. Mieszko kilkakrotnie powtarzał, że trzeba zachować
spokój, a kiedy nadejdzie niebezpieczeństwo działać z rozwagą. Ptasi
wysłannicy, którzy wyruszyli do Niemiec nadal nie wracali, nie była to aż tak
długa droga, lecz warunki - fatalne! Grudniowe mrozy zabijały ludzi, bydło...
A co może więc się stać z taką ptaszynką? Wszyscy mieli nadzieję, że podróż skończy
się dla nich łaskawie.
Mijały kolejne dni. Mieszko przechadzał
się zlodowaciałą drogą, raz po raz włażąc do rowu, kiedy szosą przejeżdżał
samochód. Obwąchując kolejny krzak zatrzymał się i stanął jak wryty. Cofnął się
za kudłatą roślinkę i obserwował wszystko co działo się przy starym, blaszanym
budynku. Co chwila przez drogę przełaziły koty, niczym mrówki wracające do swego mrowiska. Kiedy przeszedł
kolejny, Mieszko nie miał już wątpliwości. Kitlerzyści! Już chciał się
wydrzeć na cały głos "Kitler na horyzoncie!", kiedy
przypomniał sobie, że to przecież on jest tym rozważnym i mądrym przywódcą. Wiedział, że nie może się wydać, że musi wrócić i zabrać
Delgado i Venewona. Biegiem ruszył do bazy, starał się być niezauważony.
Przedarł się przez żywopłot i wparował do drewnianego domu. Nie zatrzymując się
przy głównym pomieszczeniu ruszył do ulubionego pokoju dwójki brygadzistów.
- Venek! Gdzie Delgado?! - wrzasnął.
Jego krzyk mieszał się z przerażeniem i złością na koty. Był także niezwykle
ciekawy, po co kociarze przybyły do Polski i skąd wiedziały gdzie ich szukać.
- Nie było go tu... Ani wczoraj, ani
dziś... - odparł z wrodzonym spokojem pies. - Czemu go szukasz?
- Venek, kochanie... - Mieszko raptownie
ucichł, darząc owczarka ironicznym spojrzeniem. - Zauważyłem coś niepokojącego. Musimy działać. Natychmiast!
- Ale o co chodzi? - dopytywał
nieusatysfakcjonowany Venewon.
- No rusz się że! To nie może czekać.
W końcu Venek uległ namowom przyjaciela i szybkim
krokiem ruszyli do miejsca, gdzie Mieszko widział koty. Reszta sfory spozierała
na nich z dużej odległości. Wiedzieli, że nie powinni się pokazywać.
- Patrz. Widzisz to okienko? - rzekł
Mieszko.
- Owszem, widzę. Chwila... koty?!
- Ciszej, bydlaku! Jeszcze jaki wylezie.
Dla bezpieczeństwa schowali się w
pobliskich zaroślach i obserwowali blaszany budynek. Na parapet przy szybce
wlazł kot.Ogromny, rudy. Mieszko nie miał już wątpliwości. Napastnik wydawał się być świetnie poinformowany. Trzeba było wpaść na trop tych wiadomości, jakie posiadały koty. Szpieg? W sforze...? Mieszko od razu wyjawił podejrzenia.
- Jak myślisz? Skąd wiedzą, kto nas zdradził?
- Ja bym tam podejrzewał tego, który jest u nas najkrócej... Albo może... A nie, niemożliwe. - Venek nie chciał wspominać o swoim przyjacielu, za bardzo go szanował i ufał, że nie mógł nic takiego zrobić. Ale jednak musiał podzielić się spostrzeżeniami. - Bo... Delgado. Drugi dzień go nie ma. Wątpię, że ma coś z tym wspólnego, ale jak mówisz; lepiej sprawdzić wszystkie opcje.
- Bruno. - zagłębił się z szeroko otwartymi oczyma Mieszko.
Co prawda najkrócej był w sforze. Bruno, to imię nosił zbliżony do rasy beagle pies. Zachowywał się dość dziwnie, nie dał jednak tego po sobie poznać. A może nikt nie obserwował? Mieszko jednak bacznie przyglądał się postępkom nowych członków. Nigdy się w nic nie mieszał, robił co musiał, nic ponadto. Ale z drugiej strony zastanawiające było to, co robił i gdzie był Delgado. Trzeba było się tego dowiedzieć, bez niepotrzebnej afery.
- Ale jak ty chcesz go szukać, co? - mówił Mieszko idąc szybkim krokiem i spoglądając na Venka, który był znacznie większej budowy i szybciej się przemieszczał. - Koty biegają tu wszędzie, a my mamy go szukać?!
- Spokojnie. Ja się tym zajmę, mnie nie rozpoznają. Ty będziesz siedział i pilnował Bruna. Jasne?
Mieszko poczuł się dotknięty; nie był przyzwyczajony, że ktoś mu rozkazuje. Przywykł do tego, że to on wydaje polecania. A Venewon? Mieszko uważał się za rangą wyższego od przyjaciela, więc takie traktowanie go uraziło. Nie odpowiedział. Uniósł do góry ogon i dumnie odmaszerował do bazy. Venek stał z lekka zdziwiony, ale tylko pokręcił głową i prychnął.
Kilka godzin później, po zasłużonym wypoczynku i najedzeniu się Venek ruszył na poszukiwania Dlegado. Musiał się spieszyć; dni były krótkie. Podszedł do blaszanego budynku. Zatrzymał się przy drzwiach i podsłuchiwał rozmowę. Niewiele z niej usłyszał, ale w jego pamięci pozostał wyraźny głos psa "Wszystko idzie jak trzeba, już niebawem będą skończeni.". Venek miał ogromną nadzieję, że to nie tak, że to nie Delgado. Za długo stał pod drzwiami i w końcu zorientował się, że ktoś ma zamiar opuścić pomieszczenie. Zerwał się i odbiegł od drzwi. Biegnął drogą (miał wielkie szczęście, że nic nie przejeżdżało) i dotarł do mostu w pobliżu którego stały śmietniki. Próbując ukryć się za pojemnikiem i poskładać myśli, zobaczył Delgado. Ku swemu zdumieniu ten wcale się do niego nie odezwał.
- Ej, stary. Co z tobą?
Głuche milczenie odpowiedziało za psa.
- Delgado...? Nic nie zrobiłeś, prawda?
- Nie wiem.
Venek próbował troszczyć się o przyjaciela, choć dobrze wiedział, że woli żyć na własną rękę - bez niczyjej pomocy. Delgado znał szczere intencje Venevona i zaczął mówić. Ten nawet nie spostrzegł, że Delgado zbywa go wymyśloną historyjką.
- Dobra, teraz ja ci coś powiem. Byłem teraz pod blaszakiem i słyszałem coś interesującego. - zaczął.
- Niech zgadnę, chodzi o Kitlera? - odpowiedział Delgado, jakby wiedząc o wszystkim, jednocześnie udając zaciekawienie.
- Tak! Jak wiadomo, Łajka i Rambo prowadzili z nim wojnę... - mówił spokojnie Venewoner. - No i te koty przegrały. Wróciły w te strony, dowiedziały się o nas wielu rzeczy i planują zacząć swe dzieło od nowa, tyle, że chcą podbić nasze tereny.
- Chyba przesadzasz. To tylko koty. - przekręcił głowę drugi z psów.
- Nie, nie przesadzam! Te "tylko" koty są groźniejsze niż myślisz... Czy ty wiesz jak oni to dobrze szkolą?! Jak dobrze są wyspecjalizowani w walce?! I najważniejsze - ILE ICH JEST?!
- Venek, uspokój się. Ale skąd mogą o nas tyle rzeczy wiedzieć?
- Szpieg! Mamy w sforze szpiega! - Venewon nie panował jednak nad sobą.
- Nic już z tego nie rozumiem. Nic. Kompletnie.
- Mieszko kieruje podejrzenia na Bruno. Wiesz, tego łaciatego, małego.
- Ta, wiem, jakiś dziwny on był, prawda...
- Daj mi teraz powiedzieć o tym, co posłyszałem! - zawołał podekscytowany Venek. Nie czekając na zdanie Delgado począł opowiadać co usłyszał. - Byłem pod tym blaszakiem. W środku była ta armia Kitlera...
- Jesteś pewien, że to oni?
- Tak! Nie przerywaj mi więcej. - Tam w środku był Bruno, wszystko wskazywało na to, że on jest tym szpiegiem. Ale nic pochopnie, bo inaczej się dowiedzą, że wiemy o wszystkim.
- Tak! Jak wiadomo, Łajka i Rambo prowadzili z nim wojnę... - mówił spokojnie Venewoner. - No i te koty przegrały. Wróciły w te strony, dowiedziały się o nas wielu rzeczy i planują zacząć swe dzieło od nowa, tyle, że chcą podbić nasze tereny.
- Chyba przesadzasz. To tylko koty. - przekręcił głowę drugi z psów.
- Nie, nie przesadzam! Te "tylko" koty są groźniejsze niż myślisz... Czy ty wiesz jak oni to dobrze szkolą?! Jak dobrze są wyspecjalizowani w walce?! I najważniejsze - ILE ICH JEST?!
- Venek, uspokój się. Ale skąd mogą o nas tyle rzeczy wiedzieć?
- Szpieg! Mamy w sforze szpiega! - Venewon nie panował jednak nad sobą.
- Nic już z tego nie rozumiem. Nic. Kompletnie.
- Mieszko kieruje podejrzenia na Bruno. Wiesz, tego łaciatego, małego.
- Ta, wiem, jakiś dziwny on był, prawda...
- Daj mi teraz powiedzieć o tym, co posłyszałem! - zawołał podekscytowany Venek. Nie czekając na zdanie Delgado począł opowiadać co usłyszał. - Byłem pod tym blaszakiem. W środku była ta armia Kitlera...
- Jesteś pewien, że to oni?
- Tak! Nie przerywaj mi więcej. - Tam w środku był Bruno, wszystko wskazywało na to, że on jest tym szpiegiem. Ale nic pochopnie, bo inaczej się dowiedzą, że wiemy o wszystkim.
- Yhy...
- Nic nie bierzesz na poważnie!
- Lepiej wróćmy do Mieszka, może jemu o tym powiesz..
Venek ucichł, a na jego pysku malował się "uśmiech". Cieszył się, że jego przyjaciel proponuje powrót do Bazy. Znając życie -sam nie uległ by jego namowom.
Delgado i Venewon ruszyli w stronę drewnianego domu. Równie ostrożnie, jak wcześniej, koty na pewno czaiły się w pobliżu. Szybko przeszli drogą, Venek tak się zapatrzył, że o mało nie wpadł pod samochód. Chwilę potem obydwaj wparowali do drewnianego budynku. Ku ich zdziwieniu Mieszko drzemał na starym kocu, a nieopodal niego leżał Bruno. Jakby nigdy nic. Venek już miał mu wyszczekać wszystkie zarzuty, ale uświadomił sobie, że to byłoby bardzo nielogiczne. Nie mieli argumentów, a Bruno by je odpierał, więc trzeba było czekać na lepsze oskarżenia. Mimo, że Venevon miał całkowitą pewność co do tego, kto jest wysłannikiem kotów...
- Nic nie bierzesz na poważnie!
- Lepiej wróćmy do Mieszka, może jemu o tym powiesz..
Venek ucichł, a na jego pysku malował się "uśmiech". Cieszył się, że jego przyjaciel proponuje powrót do Bazy. Znając życie -sam nie uległ by jego namowom.
Delgado i Venewon ruszyli w stronę drewnianego domu. Równie ostrożnie, jak wcześniej, koty na pewno czaiły się w pobliżu. Szybko przeszli drogą, Venek tak się zapatrzył, że o mało nie wpadł pod samochód. Chwilę potem obydwaj wparowali do drewnianego budynku. Ku ich zdziwieniu Mieszko drzemał na starym kocu, a nieopodal niego leżał Bruno. Jakby nigdy nic. Venek już miał mu wyszczekać wszystkie zarzuty, ale uświadomił sobie, że to byłoby bardzo nielogiczne. Nie mieli argumentów, a Bruno by je odpierał, więc trzeba było czekać na lepsze oskarżenia. Mimo, że Venevon miał całkowitą pewność co do tego, kto jest wysłannikiem kotów...
Szajebiszte, chce się czytać.
OdpowiedzUsuńCzekam na kolejne i liczę na Venka. XDDD
Twoje konto w Google... MISTRZOSTWO! XD
UsuńKolejne niebawem, lecz Venek sam nie ogarnie sytuacji, wybacz. :P XD Wyjdzie na bohatera drugoplanowego. xd
Świetne opowiadanie, kilka pierwszych linijek zachęca do czytania. Zakończenie jest bardzo ciekawe i wprost zmusza do zajrzenia na kolejne! :)
OdpowiedzUsuńSzkoda, że mało jest już takich stron, w których wykazuje się 100% zaangażowania i zdolności! ;)
Dziękuję, staram się jak mogę. A Kuba naprawdę jest świetnym dawcą pomysłów, więc w dużej mierze zawdzięczajmy fabułę jemu! :3
Usuń