Obiecane w lipcu, jak zawsze zresztą. ;w;
Kolejny
dzień spędzony w Rosji dobiegał końca. Wszyscy czuli się tu bardzo komfortowo
za sprawą pana Mircovic, który chętnie dbał o nowe grono przyjaciół Łajki i
Rambo. Jedynie Venek sprawiał wrażenie nieprzejętego i starał robić wszystko
tak jak kiedyś; samodzielnie. Nie ufał ludziom i miał ku temu powody. Jego
początkowa historia odbiła się echem w dalszym życiu.
Zaczęło
się
w rasowej hodowli owczarków niemieckich. Psy były pod dobrą opieką i
kontrolą, o dziwo cały miot Venewona okazał się być mieszany. W
założeniu, że
nikt nie kupi takowych psów, ani nie zdobędą uznania na wystawach –
hodowca
postanowił psów się po prostu pozbyć. Kiedy były na tyle duże, że mogły
opuścić
hodowlę początkowo próbowano oddać je za darmo. Było ich stosunkowo
niewiele,
bo cztery. Dwa psy znalazły dom, którego wkrótce miały strzec. Kolejny
zdał się
jako „puszysta atrakcja” w jednym z parków. Ostatniego, Venewona, nie
chciał
zupełnie nikt. Miał wyblakłą sierść, oczy bez wyrazu, uszy na wpół
oklapłe.
Charakterem też zniechęcał ludzi do tego, aby go przygarnęli. Nie
wiedząc co
robić z psem właściciel oddał go do pobliskiego schroniska. Mieszaniec
początkowo przekonał się, że to nie miejsce dla niego. W błahy sposób
uciekł.
Najpierw chciał wrócić do swojej matki, ale okazało się to trudniejsze
niż
przewidywał. Postanowił żyć na własną rękę, a wprawdzie nic innego mu
nie
pozostało. Ruszył przed siebie, był przecież przystosowany do trudnych
warunków. Przyroda zaopatrzyła go w pożywienie i wodę, często zostawał
obdarowany przez ludzi, na nich jednak patrzył ze wzgardą, przez co
wydawał się
psem agresywnym, choć naturę miał spokojną i nie robił nikomu krzywdy –
po
prostu czuł uraz. Psy wyciągnęły do niego łapę. Gęsta sierść i zapas
tłuszczu
pomagały przeżyć mu zimę, inne pory roku nie były dla niego problemem.
Był
obojętny na wszystko, do czasu, aż nie znalazł się w sytuacji bez
wyjścia.
Nieświadomie wtargnął na terytorium „dzikich” psów, które nie żywiły do
niego
sympatii. Spanikowany próbował uciec gdzieś dalej, wszakże na marne.
Wyratował
go przyszły znajomy – pies w typie teriera, biały Mieszko. On właśnie
zaczął
mówić do owczarka Venewon i to on posklejał jego rozsypane życie. Razem,
już określani mianem "najlepsi przyjaciele" ruszyli na kolejną, tym
razem wspólną wędrówkę. Spotykając po drodze kilka psów, które były w
podobnej sytuacji stworzyli małą sforę. Początkowo przemieszczali się
bez celu, jednak gdy znaleźli odpowiednie miejsce, stary, opuszczony
wręcz, drewniany dom postanowili zostać tam na dłużej. Z biegiem czasu
zaczęli tworzyć udaną paczkę, jaką są do dziś, mimo, że przeszkody
stawiane na ich drodze są znacznie wyższe. Wszyscy wewnętrznie czuli, że muszą sobie poradzić.Wołgograd zaczął stawać się miejscem niebezpiecznym dla takiej grupy psów. Maks o mały włos nie zakończył życia pod kołami samochodu, stary Inferno rzucił się w pogoń za kotem, przygodę skończył na skarpie z porządnymi obiciami. Mircovic dobrze rozumiał psy, a że stało się to na jego oczach zabrał je na działkę poza miastem. Wydawałoby się dziwne, że Łajka i Rambo mają idealną komunikację z człowiekiem oraz całą resztą psów. Zwierzęta dobrze rozumiały ludzką mowę, tyle, że ludzie nie rozumieli ich słów. Letnia działka była ogromna. Znajdował się na niej drewniany domek, kilka krzewów malin i porzeczek, w lekko zarośniętym ogrodzie posadzone były różnokolorowe kwiaty. Za sadem, który obrastał w obfitość śliw, jabłoni, grusz i drzew orzechowych stał niewielki, murowany dom, a obok niego mniejszy budynek. Wokół domu rozciągał się biały, schludny płot, dom był lekko żółty, a budynek, docelowo stajnia; mahoniowy. Za domem rosło kilka rozłożystych drzew, a pozostałą powierzchnię porastała bujna trawa.
Byli tu nie tylko z powodu niebezpieczeństwa, ale także w sprawach pana Mircovic. Niski mężczyzna postawił pod drewnianym domem dwie walizki, zamknął furtkę i odszedł w kierunku domu. Po kilku chwilach przyjechał samochodem, wyciągnał z niego kilka skrzyń i wniósł je do budynku. Psy zdążyły już zapoznać się z terenem. Nikt nie miał zamiaru uciekać z ogrodzonej przestrzeni - wszyscy wierzyli Łajce, a także wiedzieli, że spełni ich prośby. Mieli sporo czasu, na tyle, aby lekko się tu zadomowić.
Wszyscy leżeli pod drzewami, upał dotykał nie tylko ludzi. Mircovic jednak wyszedł z domu i ruszył przez sad. Łajka i Rambo pilnowali, aby człowiekowi nic się nie stało, psy były jednak nie do przewidzenia, zwłaszcza, że nie ufały ludziom. Wszyscy bacznie przyglądali się poczynaniom człowieka. Otworzył on drzwi brązowego pomieszczenia. Znad wpół otwartych boksów dwa łaciate kucyki wystawiły swoje łby. Człek długo szmerał się w środku, w końcu konie zniknęły w głębi budynku, aby po chwili wybiegnąć na bujną trawę i rozłożyć się pod drzewami.
- Jeśli któryś tknie choćby jednego, może zacząć martwić się o długość swojego ogona - warknęła Łajka.
Na to bezogoniasty Mieszko się uśmiechnął i podniósł łeb patrząc na skubiące trawę kuce. Że też psy nie jedzą trawy, wszystkie brzuchy już się odzywały, a tu ni polować, ni znaleźć, ni nic. Venek wziął do pyska leżącą pod drzewem, purpurową śliwkę. Początkowo trzymał ją w pysku, ale następnie wyrzucił ją przed połknięciem twardej pestki. Usiłował pozbyć się skórki owocu z czeluści zębowych. Stało się to tak męczące, że po chwili zapomniał, iż coś mu tam tkwi. Pan Mircovic ustawił przed drewnianym domkiem kilkanaście pojemników, po cichu wsypał do każdej zawartość puszki, zagwizdał i wszedł do domu. Hagen automatycznie podniosła uszy, wiedziała, że ten głuchy gwizd oznacza przywołanie. Ślepo ruszyła do przodu. Widząc rozstawione jedzenie poinformowała resztę sfory. Oczywiście nie obyło się bez wzajemnego wylizywania sobie misek, warków i szczeków. Psy jednak podzieliły dobrobyt sprawiedliwie. Noc spędzili pod drewnianym domkiem, a Inferno niezauważenie wlał do stajni kuców, schował się za kilkoma kostkami siana, a gdy człowiek wyszedł ułożył się wygodnie na słomie. Kucyki prychnęły poirytowane, gdy go zauważyły. Nie zaczęły spanikowane brykać i walić w ścianę - dobrze wiedziały, kto ma przewagę. Utęsknione czekały na powrót swojej właścicielki, nastoletniej Idy, siostrzenicy pana Mircovica. Wraz z matką zamieszkiwała ona działkę i opiekowała się dwoma konikami, co prawda dość aroganckimi.
Kolejny, leniwy dzień upłynął w parzącym słońcu. Venek przysięgał sobie, że od jutra zacznie porządnie trenować ze swoimi wojownikami, jednak przekładało się to na następny dzień i na następny. Wreszcie zebrał swoją brygadę i zażądał od nich wysiłku fizycznego. Stopniowy trening miał przygotować ich do ponownej walki z kotami. Zarządził bieg wokół sadu, a potem slalom wokół drzew. Kiedy sam był już padnięty, dał reszcie spokój. Zapowiadał się pracowity pobyt w Rosji, choć zapewne długi, bo jak wiadomo - wszystko wymaga czasu, tak samo jak czasu wymagała zmiana Venewona i rozkwit sfory.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz